Violetta
- Proszę, odpowiedz mi. Chcę wiedzieć.
- Violetta, ja...
- Powiedz!
- Tak, to ja...
- *przerażony wzrok* Wyjdź stąd.
- Violetta...
- Powiedziałam wyjdź stąd!
Nie mogę uwierzyć, że miał czelność w ogóle się do mnie zbliżyć. Po tym jak mnie upokorzył. Poniżył. Potraktował jak śmiecia. Tylko dlaczego, dlaczego, dlaczego ja zawsze muszę go tak bardzo, tak niewyobrażalnie mocno kochać?
Nienawidzę siebie za to. Mam ochotę sama uderzyć się w twarz. Jestem taka naiwna i głupia...
Leon
Wiedziałem, że tak się stanie i że mnie wyrzuci. Nienawidzi mnie...
- No hej, Leon - powiedziała Lara.
- O hej. Co ty tu robisz?
- A tak sobie spacerowałam i pomyślałam, że spotkam cię właśnie tu, przed sklepem z garniturami. No bo przecież za 3 dni nasz ślub i musisz wyglądać perfekcyjnie, prawda?
- *mam szczęście, że sklep z garniturami jest tuż obok szpitala* A, właśnie, nasz ślub, no pewnie, właśnie przyszedłem znaleźć jakiś elegancki garnitur...
- Mogę ci pomóc, jeśli nie wiesz, który wybrać.
- Nie, spoko, dam radę.
- Na pewno?
- Na pewno.
- No to ja lecę.
- Pa.
Kiedy zniknęła mi z pola widzenia, szybko pobiegłem do szpitala błagać Violettę o wybaczenie. Wbiegłem szybko i co widzę...? Nie ma jej tam!
- Gdzie jest Violetta?!
- Jaka Violetta?
- Violetta Castillo!
- Która sala?
- 69.
- Przykro mi, jej stan się pogorszył i 10 minut temu wyleciała awionetką do szpitala w Brazylii...
- CO?! Co się stało?!?!
- Zdiagnozowano u niej wstrząs mózgu.
- Ja muszę tam lecieć! Gdzie to jest?!
- A kim pan w ogóle dla niej jest? Z tego co wiem, Violetta ma chłopaka i to on z nią poleciał, i oczywiście jej ojciec.
- Nie ważne, kim jestem. Skontaktuję się z jej ojcem i polecę do niej!
- Nie wolno ci! Ona teraz potrzebuje spokoju i ciszy!
- To ja najlepiej wiem, czego Violetta potrzebuje.
Zadzwoniłem do Germána. Nie odebrał, włącza się się poczta.
Dobra. Jeśli tak ma być, to poradzę sobie sam.
Pojechałem na lotnisko i zarezerwowałem bilet. Okazało się, że przyjechałem w sam raz, bo najbliższy lot do Brazylii za 20 minut.
*po pewnym czasie*
Jestem już w samolocie. Chcę już być tam. Chcę się z nią zobaczyć. Kocham ją nad życie... *dzwoni telefon*
- Halo?
- Leon gdzie ty jesteś? Od 4 godzin nie ma cię w domu!
- I nie będzie. Z nami koniec - rozłączyłem się.
Za 10 minut wylądujemy w São Paulo. Temperatura na zewnątrz wynosi 36 stopni.
Nareszcie. Już wylądowaliśmy. Myślę teraz tylko o tym, by dostać się do szpitala. Wsiadłem w pierwszy autobus i pojechałem.
*w szpitalu*
- Gdzie jest Violetta Castillo?
- ?!
Zapomniałem. Tam mówią po portugalsku, a nie po hiszpańsku. Więc zapytałem jeszcze raz:
- Onde está Violetta Castillo?
- Eu vou te mostrar. (Zaprowadzę pana)
*w sali*
Zobaczyłem Violettę. Była podłączona do respiratora. Załamałem się, dlaczego do tego doszło? Wszystko przeze mnie!!!
- Vilu, otwórz oczy. Powiedz coś. Błagam! Powiedz coś! Zerwałem z nią! Błagam, wybacz mi! Jestem idiotą!
Najdelikatniej jak umiem, ująłem jej delikatną rączkę...
- Jestem tu przy tobie i zawsze będę. Kocham cię z całych sił.
Nagle zobaczyłem, że zaczęła otwierać oczy...
Otworzyła!
Ale nic nie powiedziała. A raczej nie mogła powiedzieć, bo widziałem, że się starała...
Pomyślałem tylko jedno.
I to zrobiłem.
PRZEPRASZAM, ŻE DZIŚ TAKI BEZNADZIEJNY ROZDZIAŁ,
ALE SĄ ŚWIĘTA I NIE MAM ZBYT WIELE CZASU NA PISANIE.
TO BYŁ TAKI NA SZYBKO, ŻEBY NIE ZMUSZAĆ WAS DO CZEKANIA.
PO ŚWIĘTACH ZACZNĘ JUŻ DODAWAĆ CIEKAWSZE ;*
KOCHAM WAS <3
~Violetta Verdas

twój blog jest do kitu mowisz że wstawiasz codziennie a 4 cz. jeszcze nie ma:(
OdpowiedzUsuń